Marcin 'ciman' Mazurek

Moje wyprawy rowerowe

  • Ostatnie komentarze

    Alpy 2011

    Po płaskiej jak stół Holandii zdecydowanie chciałem spróbować prawdziwej górskiej jazdy. Jeździłem już trochę po polskich i słowackich górach, ale to nie to samo co zmierzyć się z niekończącymi się alpejskimi podjazdami. W tym roku nadarzyła się idealna okazja, bardzo dużo wolnego w szkole – połączenie Wielkanocy, majówki i przerwy w ramach matur i opuszczając zaledwie 3 dni w szkole byłem w stanie pozwolić sobie aż na 18 dniowy wyjazd w ciągu roku szkolnego.

    Termin na przełomie kwietnia i maja kusił mnie przede wszystkim ze względu na dużo bardziej przyjazne dla mnie temperatury (bardzo źle znoszę upały) i możliwość zobaczenia Alp w zimowej szacie, bo powyżej 1500m śnieg utrzymuje się jeszcze długo po odejściu zimy.

    Pomysł wyjazdu, choć zaplanowany w październiku, po operacji kolana porzuciłem, również nie czułem się z nim pewien jak na rower poziomy, którym dotychczas jeździłem na wyjazdy, ale dzięki silnemu postanowieniu po nieudanym z powodu nieustających na poziomce kontuzji wyjeździe do Lublina (niestety nie jest to rower dla osób o słabych kolanach) udało mi się znacznie ograniczyć dyskomfort (głównie ból tyłka), którego doświadczałem na rowerze klasycznym i co najważniejsze, dzięki ustawieniu poprawnej pozycji siodełka praktycznie wyeliminowałem problemy z kolanami; po marcowym wyjeździe w Sudety gdy byłem już prawie pewien, że kwietniowa wyprawa ma szansę powodzenia plan wyjazdu postanowiłem jednak zrealizować.

    Relacja z wyprawy

    Dzień 1.

    Dystans: 170,74km
    Vśr: 24,99km/h
    Vmax: 45,5km/h
    Temp: 23oC
    Alt: 800m

    Wspólnie z siostrą opuszczamy Warszawę po godzinie 9. Szybko przekonuję się, że prognozy pogody znów się nie sprawdzają, zamiast zapowiadanego południowo-wschodniego, wieje nam równo w plecy, na południe. Gosia odprowadza mnie do Tarczyna (nieźle mnie przeciągnęła treningowym tempem, cały czas na największym blacie :D ), dalej, już sam jadę do Grójca, gdzie odbijam na Końskie.

    Po paru kilometrach napotykam ogromny korek, omijam go piaszczystym poboczem, wyprzedzając wszystkich, którzy wyprzedzili mnie od Grójca. :) Przyczyną jest oczywiście remont i ruch wahadłowy. Cała droga generalnie niezbyt przyjemna, duży ruch, mnóstwo ciężarówek z koszami na jabłka (na trasie mnóstwo sadów, więc pewnie przygotowania do sezonu). W Mogielnicy staję na dłuższy postój, przeliczam czas – tym tempem będę w planowanych na dziś Końskich o 14 :)

    Za miastem wiatr zmienia kierunek na wschodni, zaczyna się sporo pagórków, więc tempo trochę spada. Za Drzewicą mam poważną awarię – podczas regulowania wysokości siodełka (lekko bolało mnie kolano) pęka śruba od zacisku! Gdyby padł gwint, nie byłoby problemu (wystarczyłaby dłuższa śrubka i nakrętka z drugiej strony), ale śruba po prostu pękła w połowie. Po krótkiej konsultacji na stacji benzynowej na stojąco wracam 3km do Drzewicy i znajduję sklep z pralkami, kosiarkami, skuterami i rowerami. Miałem dużo szczęścia – byłem o 15:40, a sklep do 16; zacisk akurat sprzedawca dla kogoś sprowadził, normalnie w sprzedaży ich nie ma (!!!) – wtedy czekałaby mnie mało przyjemna perspektywa jazdy na stojąco 25km do Końskich, gdzie też nie wiadomo, czy bym go dostał. Po ustawieniu siodełka problemy z kolanami ustąpiły do końca wyjazdu – optymalnym ustawieniem dla mnie okazało się siodełko wysunięte maksymalnie do tyłu i na małej wysokości, a zawsze sądziłem, że taka jazda właśnie najbardziej obciąża kolana.

    Do Końskich docieram ok. 16:30, sprawnie przejeżdżam przez miasteczko, zatrzymuję się postój nad jeziorkiem w Sielpii. Potem kieruję się na Radoszyce, gdzie nabieram wody na nocleg, rozbijam się kawałek za Słupią Konecką – i na dzień dobry jestem ponad 30km do przodu wobec planu.

    Dzień 2.

    Dystans: 154,93km
    Vśr: 21,93km/h
    Vmax: 59km/h
    Temp: 26oC
    Alt: 1200m

    W trasę ruszam przed 9. Wiatr przez cały dzień wschodni, zgodnie z przewidywaniami, nie w plecy, ale i nie przeszkadza. Nienajlepszą drogą docieram do Włoszczowy, której po dwukroć nie doceniłem – w samym mieście utykam w korku, a potem gubię się w gąszczu jednokierunkowych uliczek :)

    Dalej trasa nudna i jak na świętokrzyskie wyjątkowo płaska, pierwsze górki zaczynają się za Szczekocinami, gdzie wjeżdżam do woj. śląskiego. W Pilicy zajeżdżam nad Pilicę – niedaleko ma swoje źródła, jest tu niewielkim strumykiem. Powoli zaczyna męczyć mnie upał – jak na koniec kwietnia jest niesamowicie gorąco – 26 stopni!

    Na dłuższy postój staję przy zamku Ogrodzieniec koło Ogrodzieńca w Podzamczu, znanego dobrze z ubiegłorocznego wrześniowego wypadu na Jurę. Następnie podróż kontynuuję drogą do Olkusza, zbaczając na Pustynię Błędowską – która robi na mnie niesamowite wrażenie, ze zdjęć wyglądała dużo gorzej. Na trasie zaliczam sporo górek, za Olkuszem wjeżdżam prawie na 500m. Za Trzebinią przecinam autostradę A4, w Libiążu nabieram wody, jadę jeszcze kawałek i po dłuższych poszukiwaniach rozbijam się w dość gęstym lasie, musiałem kawałek odjechać od szosy, bo ruch był duży i w nocy chyba bym nie zasnął.

    Dzień 3.

    Dystans: 131,36km
    Vśr: 17.67km/h
    Vmax: 58km/h
    Temp: 24oC
    Alt: 2150m

    Ruszam ok. 9.30, szybko docieram do Oświęcimia (po drodze zajeżdżając też do Brzezinki – Birkenau). Już z daleka widać, co jest główną „atrakcją” miasta, miejsca zagłady ponad miliona ludzi przekształcono w maszynkę do nabijania pieniędzy, a przynajmniej takie mam wrażenie, gdy obserwuję parkingowych wyrywających sobie klientów z rąk, naganiających na siłę na konkurencyjne parkingi. Obozy obejrzałem tylko z zewnątrz, na wizytę w środku jestem zdecydowanie za słaby psychicznie. W Kętach w sklepie dla biedoty (copyright J. Kaczyński) robię zakupy aż na trzy dni, bo z analizy mapy wygląda, że dziś już nie będzie na trasie większych miejscowości z tanimi sklepami, a jutro i pojutrze jest święto.

    Dopiero teraz doceniam pomysł zabrania przednich sakw (długo myślałem nad tym, zdecydowałem się dopiero na parę minut przed wyjazdem), po zakupach załadowany jestem na full. Jedzie się wyraźnie ciężej, widokową drogą docieram do Międzybrodzia Bialskiego, przejeżdżam wjazd na Hrobaczą Łąkę i kawałek dalej u bardzo miłego pana w ośrodku wypoczynkowym zostawiam bagaże. Cofam się kilometr i ruszam na górę.

    Pozdjazd od razu wita właściwym nachyleniem, poniżej 10% właściwie nie schodziło, 16% i więcej przez dłuższe odcinki. Po wjeździe do lasu nawierzchnia znacznie gorsza, rozwalony asfalt, którego już tak naprawdę niezbyt wiele zostało – jak widać na takich nachyleniach współczesne walce już nie wyrabiają :P Dzięki temu, że był bardzo stromy, nie był długi, więc szybko melduję się na szczycie, robię zdjęcia i ruszam na dół. Zabieram bagaże i po kilku kilometrach jazdy powtarzam manewr, zostawiając je ponownie w kebabie (tu już wywołałem większe zamieszanie: samemu? siedemnastolatek w Alpy? w trzy dni z Warszawy?!) i ruszam na Górę Żar. Po drodze spotykam mnóstwo rowerzystów i motocyklistów, szybko docieram na ok. 500m gdzie niby jest „anomalia grawitacyjna” – a jako, że mam wysokościomierz łatwo można to sprawdzić. Okazuje się, że to zwykłe złudzenie optyczne, faktycznie wygląda to jak podjazd, a w rzeczywistości jest 2% zjazdem. No chyba, że przez anomalię wariuje również wysokościomierz :-)

    Na szczycie policja poluje na motocyklistów, którzy wjeżdżają na górę mimo zakazu, mnie się na szczęście nie czepili (zakaz ruchu nie dotyczy tylko pojazdów elektrowni). Robię fotki, podziwiam piękny widok ze szczytu, po kilku minutach ruszam na dół. Sprawdzam jeszcze raz całą „anomalię”, robię zdjęcia (na szczyt wjeżdżałem bez zatrzymania) i wracam po bagaż. Dalej jadę wzdłuż jeziora Żywieckiego do Łodygowic. Niby wzdłuż jeziora, a droga cały czas góra-dół, z moimi ogromnymi zapasami jedzenia trochę mnie to wymęczyło, więc w Buczkowicach staję na pierwszy dziś porządny postój.

    Następnym celem jest kolejna dziś górka – tym razem 934m Przełęcz Salmopolska. Podjazd początkowo niepozorny, przez cały Szczyrk delikatnie wznoszący się ku górze, od 600m robi się ostrzejszy, 7-8%, a jako, że mam już dziś trochę w nogach, na górę dojeżdżam „na raty”. Na przełęczy zaczyna lekko popadywać, ubieram się cieplej na zjazd i ruszam w dół. Docieram do Wisły, kilka razy przekraczam jakiś niewielki strumyczek, nie było żadnych tabliczek – dopiero z mapy w GPS zorientowałem się, że to Wisła :)

    Na Orlenie tankuję wodę i wyjeżdżam za miasto z myślą znalezienia jakiejś miejscówki. Rower waży już chyba z 50kg (jeszcze 6l wody!), za miastem kolejna przełęcz i jak na złość – nie ma gdzie się rozbić. Musiałem podjechać na górę (poszło mi to zadziwiająco sprawnie) i po zjechaniu na 650m znalazłem ładną polankę. Rozbiłem się idealnie czasowo – tuż po wejściu do namiotu zaczęło lać.

    Dzień 4.

    Dystans: 143,89km
    Vśr: 24,05km/h
    Vmax: 65,5km/h
    Temp: 18oC
    Alt: 600m

    W nocy miałem potężną burzę, padało cały czas i pada również gdy jem śniadanie, uspokaja się na chwilę przed wyjściem z namiotu. Ruszam jak wczoraj ok. 9.30, chwilami delikatnie mży, przejeżdżając przez Istebną słyszę grzmoty i obserwuję ciemne chmury, na szczęście mnie omijają. Wąskimi asfaltówkami docieram do trójstyku granic Polski, Czech i Słowacji (lubię takie geograficzne ciekawostki :) ). Niestety po stronie słowackiej jest zwykły górski szlak, słabiutko oznaczony, ok. 2km prowadziłem rower.

    Ze szlaku wyjeżdżam na znaną drogę do Čadcy, na trasie łapie mnie kolejny deszcz, więc przebieram się w strój przeciwdeszczowy. W miasteczku zjeżdżam na lokalną drogę wzdłuż głównej, poprowadzonej wiaduktami po zboczach gór – ku mojemu dziwieniu wygląda na to, że to na niej zaliczyłbym więcej górek, tak więc z wyboru jestem zadowolony. Po kilku kilometrach przestaje padać, zatrzymuję się, żeby rozebrać się z niewygodnego stroju, zanim skończyłem – zaczęło znowu; tak można w skrócie opisać pogodę dziesiejszego dnia. Wiatr – mam jak na zamówienie, północnowschodni – równo w plecy. Chwilami wieje naprawdę mocno, bez większego wysiłku jadę nieźle obładowanym rowerem dłuższe kawałki po 37-38km/h. Przed Žiliną łudzę się, że pogoda dziś już się ustabilizuje, a tu nic z tego – po krótkiej pętelce po mieście znów zaczyna padać.

    Dalsza trasa piękna widokowo, prowadzi doliną Wagu, więcej podjazdów pojawia się za Považską Bystricą. W Tunežicach zatrzymuje mnie policja (doskonale wiem za co, mimo wszystko udaję zdziwionego, że nic nie wiem i nic nie rozumiem :) ) – chodzi oczywiście o obowiązek jazdy w kasku, którego nie spełniam. Nic ich nie interesuje, że jestem z Polski i skąd miałem o tym wiedzieć, długo dyskutowałem, „prawo jest prawo” i mam zaplatit 10E pokuty, poprosili dowód, spojrzeli ile mam lat – coś tam wymamrotał (nie zrozumiałem, pewnie nie mogą wystawiać mandatów niepełnoletnim), kazał jechać i kupić jutro kask za 10E (już lecę :D ), więc cudem mi się upiekło, ale norma minimum 1 zatrzymanie przez policję na wyprawę wyrobiona :-)

    Po tym trwającym dłuższą chwilę incydencie kontynuuję jazdę do Trencina, na trasie mam problemy z piastą, coś w niej ciągle strzela, czasem nie zaskakuje bębenek. Nad miastem góruje okazały zamek widoczny z większości miejsc w mieście. Za miastem jadę jeszcze kawałek, lecz widząc znów burzowe chmury odbijam do wioski, nabieram wodę i pospiesznie w popadującym deszczu rozbijam się na skraju pola uprawnego.

    Dzień 5.

    Dystans: 126.92km
    Vśr: 21.76km/h
    Vmax: 59km/h
    Temp: 22oC
    Alt: 750m

    Rano płacę za swoją głupotę, rozbicie się na ziemi uprawnej było tragicznym pomysłem, po doprowadzeniu roweru z pola do szosy wszystko mam w błocie, błotniki zapchane tak, że koła się w ogóle nie kręcą – lepiej już było podjechać wczoraj trochę w deszczu, niż rozbijać się na byle czym. Doprowadzenie roweru do porządku zajęło mi z pół godziny, ruszam ok. 9. W dalszym ciągu mam problemy z piastą, bębenek coraz częściej nie zaskakuje. Szybko docieram do Novégo Mesta nad Váhom, przejeżdżam pierwszy skręt do centrum chcąc wjechać od razu na głóną drogę, niestety wjazdu na nią nie było (prowadziła wiaduktem) i muszę pojechać na koniec miasta. Dziesiejszy dzień dużo bardziej górzysty – na trasie pokonuję sporo krótkich i stromych (nawet 14%) pagórków – ale i piękny widokowo.

    Po przeliczeniu kilometrów okazuje się, że mam do pokonania dziś zaledwie 120km (na jutro mam umówiony nocleg w Wiedniu), co przy znów północnym (to się nazywa fart!) wietrze nie będzie dużym problemem. Na długi, 1,5h postój staję za Myjavą, reguluję przerzutkę i poprawiam low-ridera, który mi się wczoraj odkręcił, później sporo pogadałem z podpitymi, ale sympatycznymi słowackimi chłopakami, dogadywaliśmy się bez większych problemów (pomagając sobie trochę niemieckim, angielskiego nie znali). Dowiedziałem się, dlaczego nikt mnie nie ganiał dziś z wiadrami z wodą i czemu wszyscy chodzą z takimi dziwnymi kijkami – na Słowacji Lany (w przypadku kolegów z którymi rozmawiałem, lało się co innego niż woda :P ) Poniedziałek obchodzi się zupełnie inaczej, jest to jedyny dzień w którym można symbolicznie bić kobiety wierzbowymi witkami.

    Niestety spokoju nie dawała mi piasta, wydająca z siebie potworne odgłosy, prawdopodobnie będę musiał odwiedzić serwis rowerowy w Wiedniu, co mi się trochę nie uśmiecha ze względu na ograniczony budżet – ale może nie trzeba będzie wymieniać całej piasty (aż tak bardzo się na tym nie znam). Dobrze, że mam ze sobą mp3, bo gdybym musiał słuchać tych strzałów to bym chyba zwariował.

    Kolejne kilometry lecą szybko, ok. 16 przekraczam Morawę i wjeżdżam na teren Republiki Austrii, jadę jeszcze kawałek płaską doliną Morawy i już o 18 rozbijam się w lasku za Ebenthalem.

    Dzień 6. – zwiedzanie Wiednia

    Dystans: 77.27km
    Vśr: 18.32km/h
    Vmax: 46km/h
    Temp: 13oC
    Alt: 300m

    W nocy odwiedził mnie kozioł, stał koło namiotu i długo wydawał przeraźliwy, charakterystyczny głos. Trochę najadłem się strachu, bałem się, że będzie agresywny (a jedyne co mam do obrony to 5cm nóż do smarowania :P ), w końcu odstraszyłem go czołówką. Gdy obudziłem się rankiem ok. 8 mocno padało, a jako, że mam na dziś lajtowy plan, postanawiam przeczekać. Do 10 nic się nie zmienia, więc zwijam namiot w deszczu i ruszam na trasę. W Deutsch-Wagram robię zakupy w Lidlu (ceny takie same jak w Niemczech), kilka kilometrów dalej wjeżdżam do Wiednia.

    Na przedmieściach infrastruktury rowerowej było niewiele, pierwsze drogi i pasy rowerowe (bo te głównie dominują w Wiedniu) pojawiają się bliżej centrum. Niestety oznakowanie dróg rowerowych jest kiepskie, trochę zbłądziłem szukając wjazdu na most do centrum (oznaczony był „Donau”…), a zależało mi na fotce drugiej co do długości rzeki Europy. W centrum chyba na każdej jednokierunkowej ulicy był kontrapas lub tabliczka „Ausgennomen Fahrrader” (z wyjątkiem rowerzystów) – bardzo wygodne rozwiązanie, ułatwiło mi znacznie poruszanie się po stolicy Austrii. Z innych ciekawostek drogowych – przy końcówce fazy sygnalizacji świetlnej, przed pomarańczowym, na kilka sekund miga zielone (podobnie jest na Litwie), także z daleka można ocenić, czy przycisnąć przed skrzyżowaniem czy też się nie spieszyć.

    Problemy z piastą w końcu się uspokoiły, trochę hałasuje, ale aż tak bardzo mi to nie przeszkadza, więc postanowiłem na razie ją zostawić w spokoju, i dla pewności przykrywać rower na noc.

    Wiedeń zwiedziłem dość dokładnie poza ogrodem pałacu Schönbrunn – był zakaz jazdy rowerem, nie chciało mi się go prowadzić, a zostawianie z bagażem zapiętego linką na 1-2h (teren jest dość rozległy) mi się średnio uśmiechało. Pogodę niestety miałem kiepską, zimno i przez część dnia padało.

    Dzień 7.

    Dystans: 127.24km
    Vśr: 19.83km/h
    Vmax: 57km/h
    Temp: 19oC
    Alt: 1450m

    Świeżutki, wypoczęty, w pachnących ubraniach ruszam na trasę ok. 9.30. Przez Wiedeń jadę z 10km, nie jest to ogromne miasto, o dziwo nie było nawet korków. Dziś na trasie zaliczam sporo średnich górek w przedziale 300-600m. Pogoda trochę lepsza niż w ostatnich dniach, rankiem jeszcze chłodno, 13oC

    , później ociepla się do 19oC

    .

    Za Tradigist łapie mnie krótka, ale potężna burza z gradem, przeczekuję ją częściowo pod drzewami (tu przekonałem się, że moja kurtka przeciwdeszczowa nie jest nieprzemakalna), częściowo na przystanku autobusowym. Po ok. 15 minutach jeszcze trochę kropi, ale da się jechać, kontynuuję więc jazdę i wjeżdżam na ładną trasę wzdłuż Pielachu, pogoda wraca do normy i wychodzi słońce.

    Przed Kienbergiem nabieram wody na nocleg i rozbijam się ok. 18 kawałek dalej, niestety w miejscu dobrze widocznym szosy i w bliskiej okolicy domów – w gęsto zaludnionej Austrii ciężko o fajną miejscówkę.

    Dzień 8.

    Dystans: 128.70km
    Vśr: 18.43km/h
    Vmax: 62km/h
    Temp: 19oC
    Alt: 1350m

    Poranek wita mnie piękną pogodą i świecącym słońcem. Ruszam ok. 9.30, szybko orientuję się, że to koniec tego dobrego – pierwszy raz od początku wyprawy wieje mi prosto w twarz :)

    Po godzinie jazdy docieram nad Lunzer See, trochę się zawiodłem, spodziewałem się czegoś bardziej okazałego jak na Alpy. Na szczycie stromego (nawet 15%) podjazdu za Paflau limit pogody na dziś się wyczerpuje, zaczyna padać – padało aż do końca dnia. Przebieram się w komplet przeciwdeszczowy i ruszam dalej falującą drogą do Parku Narodowego Gesäuse.

    Droga przez park fantastyczna, wywiera na mnie spore wrażenie, niestety trochę nie pasuje tu linia kolejowa i duży ruch (w tym ciężarowy). W Admont wjeżdżam na ruchliwą drogę do Liezen, przy samej szosie prowadziła asfaltowa droga rowerowa, więc popełniam gigantyczny błąd – zjeżdżam na nią. Przez parę km wszystko było ok, trochę odetchnąłem od dużego ruchu (wcześniej jechałem parę km ignorując ścieżkę i nikt nie trąbił!), ale tuż przed Liezen pojawiły się barierki, a kilometr dalej odbiła od szosy i już do niej nie wróciła, wyprowadzając mnie na kompletne zadupie, a nawierzchnia zmieniła się na szutrową. Po drodze było parę kompletnie nieoznaczonych skrzyżowań, bez GPSu nie znalazł bym się na 100%, dobrze, że miałem je wszystkie zaznaczone na dokładnej mapie topograficznej Alp.

    Lekko zdenerwowany wjeżdżam do Liezen, robię zakupy i nabieram wody na nocleg. Jadę dłuższy kawałek i nic nie mogę znaleźć, pytałem nawet rolnika, ale nie pozwolił mi, nie zrozumiałem dlaczego, wszędzie w okolicy były używane uprawne pola (wolałem nie przeginać), w końcu fajne miejsce znajduję 5m od drogi na stromej górce porośniętej drzewami. Nocleg umila mi pobliska autostrada i ruchliwa linia kolejowa.

    Dzień 9.

    Dystans: 125.57km
    Vśr: 21.84km/h
    Vmax: 57km/h
    Temp: 19oC
    Alt: 1050m

    Przez noc pogoda spokojna, nie padało ani nie wiało, więc naiwnie liczę, że i za dnia będzie ładnie. Gdy ruszam ok. 9 jest chłodno, poniżej 10oC i zastanawiam się jak będą wyglądały dwa planowane powyżej 1500m noclegi :) Od razu stwierdzam znów sprzyjający wiatr, ale nie ujechałem 10km, gdy zza gór wyłoniła się czarna chmura, chwilę później zaczęło padać. Kontynuuję jazdę nieprzyjemną, ruchliwą przelotówką, w wielu miejscach ma ona charakter drogi ekspresowej, ale da się to wygodnie objechać, choć bez dobrej mapy czy GPSu ani rusz, bo oznakowanie kiepściutkie. Droga podobnie jak w ciągu ostatnich dnia falująca, większy, choć bardzo łagodny podjazd zaliczam przed St. Johann, do samego miasta prowadzi malowniczy zjazd.

    Za Schwarzach wracam na główną drogę, trochę się obawiałem, że nie będzie tu legalnego przejazdu (2 tunele), na szczęście była elegancka droga rowerowa omijająca je, na tyle jej zaufałem, że postanowiłem jechać nią aż do samego Bruck an der Grossglocknerstrasse (austriackie nazwy miejscowości mogą z powodzeniem konkurować z fińskimi czy węgierskimi :P ), ale oczywiście coś trzeba spieprzyć, nie może być wszystko dobrze, w pewnym momencie przerwały ją schody…

    Tuż przed Bruck robię dłuższy postój techniczny na poprawę klocków hamulcowych, w trakcie roboty znów zaczyna padać, przebieram się w strój przeciwdeszczowy i z kilometr dalej z niego rozbieram, bo jest 19 stopni i świeci słońce, więc chyba bym się w nim ugotował. W Bruck wreszcie, do końca dnia przestaje padać; przeliczam czas – do miejsca, w którym planuję spać mam 7km, a jest dopiero 17, więc postanawiam zajechać jeszcze nad Zeller See i zamiast robić zakupy w droższej Billi robię je w Lidlu w Schüttdorfie. Nad jezioro docieram drogą rowerową, dużo ładniejsze niż Lunzer See, robię zdjęcia – i orientuję się, że zostawiłem zakupy na koszykach przed Lidlem!

    Szybko wracam (w Zell am See prawie potrąciłem samochód, mina oburzonego Austriaka bezcenna :D ), na szczęście leżą jak leżały, a minęło z pół godziny. Pakuję się i jadę na miejscówkę koło Fusch an der Grossglocknerstrasse, poleconą przez Martink z forum sakwiarskiego.

    Strony: 1 2

    Zostaw odpowiedź