Alpy 2011

Dzień 10.

Dystans: 93.23km
Vśr: 14.02km/h
Vmax: 70km/h
Temp: 15oC
Alt: 2500m

Dróżka przy której nocowałem okazała się ruchliwa, ale mimo, że teren na którym spałem był ogrodzony nikt się nie czepił. Fusch an der Grossglocknerstrasse zapadł mi w pamięć brakiem jakiegokolwiek śmietnika, śmieci z noclegu pozbyłem się dopiero na parkingu na wysokości Morskiego Oka :-)

Dziesiejszym celem jest droga Grossglockner Hochalpenstrasse i wjazd na ponad 2500m Edelweißspitze i Hochtor, podjazd zaczynam od razu po wyjechaniu z miejscówki, jest bardzo stromy – w zasadzie cały czas powyżej 10%, na wiaduktach-serpentynach nawet 15%, mimo to szedł mi całkiem sprawnie (pewnie również dzięki wczorajszemu lekkiemu dniu). Po drodze robię sporo zdjęć, czasem innym, czasem inni mi, wielu ludzi mnie pozdrawiało, inni rowerzyści (których było sporo) dziwili się jak można tu było wjechać z takim bagażem ;) Pogoda dopisuje, mimo, że dość chłodno (ok. 10oC) nie pada, no i jest fantastyczna widoczność, na której zależało mi najbardziej.

Ruch samochodowy praktycznie zerowy, koniec kwietnia to idealna pora na ten podjazd, w sezonie jest tu zdecydowanie za tłoczno; dzięki ciszy mam okazję poobserwować świstaki, które przy przejeździe samochodów spłoszone uciekają do swoich norek.

Na ok. 2000m zrywam łańcuch – ogromnych obciążeń nie wytrzymała spinka SRAMa, zastępuję ją shimanowskim pinem i ruszam dalej. Momentami, gdy szosa biegnie nieosłonięta górami potężnie wieje, co jeszcze bardziej utrudnia i tak już ciężki podjazd. Około 13 docieram na Fuschertörl, gdzie odbijam na Edelweißspitze (2571m). Podjazd bardzo stromy i co gorsza po bruku, trochę się uszarpałem wjeżdżając tam na szczyt z pełnym bagażem, ale zdobycie tego szczytu i poprawa rekordu wysokości z 1670m dało mi dużo satysfakcji. Na górze 5 stopni, potężna wichura, lekko popaduje śnieg, więc nie ma mowy o jakimkolwiek postoju, po zrobieniu fotek (jedną robił mi Austriak, który chciał pochwalić się znajomością polskiego i oprócz „dzień dobry” po zrobieniu zdjęcia spytał: „haraszo?” :D ) zjeżdżam na 2262m nad zamarźnięte jeziorko, skąd już cały czas pod górę (choć nachylenie już mniejsze) prowadzi droga na Hochtor (2504m). Do tunelu docieram już lekko podmęczony, przebieram się i ruszam w dół. Na zjeździe kilkanaście serpentyn, w pewnym momencie trochę zakręciło mi się w głowie i musiałem na chwilę stanąć.

W Dollach, gdzie jest już bardziej przyzwoita temperatura (13oC) staję w końcu na upragniony postój, ale długo sobie nie posiedziałem – uświadamiam sobie, że dziś jest sobota i jutro wszystkie sklepy będą pozamykane, a dziś są czynne krócej. Pędem ruszam do Winklern, zdążyłem idealnie, kwadrans przed zamknięciem, robię zakupy w wyraźnie droższym Sparze (ale nie mam wyjścia). Na postój staję w końcu za miastem, suszę śpiwór, bo od ostatnich noclegów złapał wilgoci i przestaje wyrabiać w coraz niższych temperaturach. Potem zaliczam kolejny podjazd na 1200m, długi zjazd na 600m do Lienz, wyjeżdżam kawałek za miasto szlakiem rowerowym (liczyłem, że tak będzie łatwiej znaleźć miejscówkę), nie znajduję nic ciekawego i rozbijam się na polu, widocznym z szosy i szlaku.

Dzień 11.

Dystans: 107.80km
Vśr: 15.15km/h
Vmax: 63m/h
Temp: 24oC
Alt: 2200m

Rankiem analizując mapę orientuję się, że wyjechałem z miasta nie tą drogą co trzeba :D Cofam się więc kilometr do Lienz, czuję w nogach wczorajsze podjazdy i początkowo jedzie się ciężko, a dodatkowo jest minimalnie w górę. Pogoda za to elegancka, świeci słońce i temperatura już o 10 dochodzi do 24 stopni. Ok. 12 przekraczam włoską granicę, na której łapie mnie krótki 10 minutowy deszcz, a temperatura spada do 12oC.

Przed początkiem podjazdu na Passo Tre Croci pogoda wraca do normy, choć jest trochę chłodniej, więc jadę w długich spodniach. Droga na przełęcz fantastyczna, przepiękne widoki, Dolomity to niesamowite góry! Podjazd do Misuriny w miarę łagodny, wjeżdża się na ok. 1700m, na górze znajduje się przepiękne jezioro, nad którym staję na chwilę. Z chęcią posiedziałbym tu i dłużej, ale mam dziś jeszcze sporo do przejechania – więc po sesji zdjęciowej ruszam dalej, zjeżdżam na ok. 1600m, skąd zaczyna się właściwy podjazd na Passo Tre Croci. Ten odcinek już nie tak urokliwy, w większości w lesie. Na szczycie przebiórka w ciepłe ubrania, fotka i jadę w dół do Cortiny.

W mieście zjadam ostatnie batoniki, chwilę się kręcę (nic specjalnego) i ruszam na Passo Falzarego. Na podjeździe przejeżdżam przez tunel wydrążony w skale, dalej sporo serpentyn, ale również szosa prowadzi głównie lasem. Na ok. 1700m obserwuję mokre samochody, przede mną czarna chmura – więc zawczasu przebieram się w zestaw przeciwdeszczowy, bo gdyby dorwało mnie nagłe oberwanie chmury, to nie ma tu gdzie się nawet schować – gdy kończę akurat zaczyna padać. Na przełęcz wjeżdżało się w tym nieciekawie, spociłem się niesamowicie, temperatura spada coraz bardziej (do 2oC), na 2000m przestaje padać deszcz, a zaczyna śnieg. Warunki najcięższe na tej wyprawie, jakoś się doczołgałem na szczyt, bez większego entuzjazmu robię fotkę z tabliczką, zakładam wszystko co mam na siebie i ruszam w dół. Koszulka cała mokra od potu, ręce mam potężnie skostniałe, ledwo hamuję, na szczęście przed wyjazdem zadbałem o porządne hamulce i klocki.

Zjeżdżam trochę poniżej 1600m i znajduję doskonałą miejscówkę do spania w lasku poniżej szosy, po rozbiciu namiotu czeka mnie mało przyjemne zadanie rozebrania się przy tej temperaturze celem przebrania się w suche ciuchy.

Dzień 12.

Dystans: 112.07km
Vśr: 17.15km/h
Vmax: 63km/h
Temp: 20oC
Alt: 1950m

W nocy musiałem się już cieplej ubrać, rankiem w namiocie mam 4 stopnie. Kompletnie nie chciało mi się wychodzić ze śpiwora i ruszam dopiero o 10. Zjeżdżam jeszcze trochę w dół na 1400m (dobrze zrobiłem rozbijając się w tym miejscu, dalej nie było już nic), a potem lekko wznoszącą się drogą prowadzącą zboczem góry udaję się do Arabby. Ponieważ nie mam nic do jedzenia, chciałem zrobić małe zakupy – niestety jedyny sklep w mieście akurat był zamknięty.

Nie mając większego wyboru lekko głodny ruszam na Passo Pordoi. Podjazd zapadł mi w pamięć wieloma serpentynami (dokładnie 33 od strony Arabby) i świstakami, które podobnie jak podczas podjazdu na Hochtor umilały mi podjazd swoimi cichymi gwizdami. Do jednego udało mi się nawet zbliżyć na kilka metrów (przy pomocy resztek jedzenia :) ), ale już bliżej się podejść nie dał. Podjazd szczególnie stromy nie był, na szczycie melduję się przed 12. Proszę szosowca o zrobienie zdjęcia, chwilkę gadamy i ruszam w dół.

Na zjeździe prawie bym potrącił świstaka, który zeskrobywał coś z asfaltu :) Liczyłem, że w Canzei w końcu zrobię zakupy, ale zapomniałem o jednym bardzo głupim jak na tą porę roku zwyczaju, jakim jest siesta, zamknięte były nawet stacje benzynowe (choć te i tak w większości we Włoch samoobsługowe), w końcu już potężnie głodny zajeżdżam do baru w Vigo di Fassa. Po solidnym (również cenowo) posiłku ruszam na Passo di Costalunga, niestety zanim jeszcze wyjechałem z miasta dopada mnie deszcz. W komplecie przeciwdeszczowym jechało się mało przyjemnie, na szczęście nie był to podjazd szczęśliwie stromy czy długi. Z przełęczy zjeżdżam do Bolzano położonego aż 1500m niżej, zjazd był fantastyczny, końcówka w kanionie, trafiły się też 2 ponad kilometrowe tunele (a ja jadę bez tylnej lampki, która padła mi od tych deszczy w Austrii). Niesamowita była różnica temperatur – na szczycie 5oC, w Bolzano 20oC. W Bolzano tracę ze dwie godziny na przebijanie się przez miasto, zakupy w Lidlu, szukanie bankomatu (nie przyjmowali kart Visa) i wyjazd z miasta, bo jakiś mózg na mapie topograficznej Alp zaznaczył autostradę jako normalną drogę…

Wyjeżdżam z miasta i rozpoczynam podjazd na Passo della Mendola, rozbijam się w lasku przy serpentynie na ok. 800m.

Dzień 13.

Dystans: 132.96km
Vśr: 16,90km/h
Vmax: 56,5km/h
Temp: 23oC
Alt: 2600m

W nocy niewiele spałem, koło namiotu długo kręciły się jakieś zwierzęta i trochę najadłem się strachu. Ruszam o 9, kontynuuję rozpoczęty wczoraj podjazd na Passo della Mendola, potem zjeżdżam w dół na 600m, przejeżdżając przez kolejne hektary winnic. Następnie lekko wznoszącą się drogą docieram do Fucine, gdzie rozpoczyna się właściwy podjazd na Passo Tonale. Trochę się zawiodłem widokowo, pierwsze ciekawsze widoki pojawiają się właściwie tuż przed przełęczą. Na szczycie melduję się przed 17 (obrzydliwe 10-piętrowe klocki na 1800m!), po przebiórce zjeżdżam w dół na 700m do Edolo.

Postanowiłem trochę odetchnąć od ruchliwej drogi i wybrałem boczną równoległą, jak się okazało, nie był to zbyt dobry pomysł, bo droga falowała góra-dół (z poziomic mapy co 50m nie dało się tego wyczytać), na sporym odcinku prowadziła bardzo stromym nawet 17% podjazdem i niepotrzebnie się przez to namachałem.

Ponieważ jedzie mi się bardzo dobrze, postanawiam podjechać jeszcze dziś Apricę, tak, żeby jutro mieć jedną górkę mniej – i to okazało się sporym błędem, zjazd prowadził stromym zboczem góry do dużej strefy miejskiej, której przejechanie nie wchodziło ze względu na konieczność zrobienia zakupów przed Szwajcarią (a dochodziła już 21) w grę. Na szczęście na zjeździe natrafiłem na jakąś boczną dróżkę, po przejechaniu kawałek i wdrapaniu się po stromym murku znalazłem płaski kawałek w lasku i bez zastanawiania się na nim rozbiłem.

Dzień 14.

Dystans: 111.83km
Vśr: 14.59km/h
Vmax: 52km/h
Temp: 25oC
Alt: 2550m

Nie mogłem się zmobilizować do wcześniejszej pobudki, przyspieszył to zdecydowanie ktoś przechodzący koło mojego namiotu, nie czepiał się, ale wolałem się szybko zebrać (20 minut od wstania i byłem gotowy do drogi). Na dzień dobry kontynuuję wczorajszy zjazd z Aprica, śniadanie zjazdłem na dole w Tirano po dużych zakupach w Lidlu. Głównym daniem dziesiejszego dnia jest podjazd na Berninę, pogoda przyzwoita, bardzo ciepło (jak na podjazd aż trochę za ciepło, co chwila musiałem się wycierać ręcznikiem umieszczonym pod ekspanderami, bo pot skapywał mi do oczu), niestety wieje potężny wiatr w twarz, po płaskim jadę 17-18km/h, na lekkich 2-3% górkach 12-13km/h.

Po wyjeździe z Tirano przekraczam granicę ze Szwajcarią, nikt mnie nie kontrolował, choć granica i bramki niby są. Nie było nawet porządnej tabliczki informującej o wjeździe do Szwajcarii (wstyd), jedynie napis „CH” i ograniczenia prędkości. Podjazd na Berninę wymęczył mnie nieprzeciętnie, stromy, z ciężkim bagażem (zapasy żywności na całą Szwajcarię) i jeszcze ta wichura. Blisko szczytu na niektórych serpentynach miałem z wiatrem i tam mimo 10% nachylenia jechałem momentami 10km/h! To chyba najlepiej obrazuje z jakim wiatrem miałem dziś do czynienia.

Na Berninę jakoś się wdrapałem, ale od Tirano zajęło mi to prawie 5h, na szczycie 5 stopni, oczywiście leży śnieg, jeziorko w pobliżu linii kolejowej jeszcze zamarznięte. Po zrobieniu zdjęć i rutynowym przebraniu w ciepłe ciuchy ruszam w dół, na zjeździe w normalnych warunkach możnaby poszaleć, ja nie pedałując nie mogę przekroczyć 40km/h. Trochę już zmęczony dojeżdżam do Pontresiny – wg planu miałem tu nocować, ale wydaje się to nierealne (dobrze, że jest dopiero 17 i mam spore pole manewru), nie było jak się dobrze ukryć, a co kilkaset metrów stały tabliczki „Campieren Verboten” – w Szwajcarii nocleg na dziko to spory problem. Nawet dałbym już te kilkadziesiąt złotych, żeby zanocować na campingu i mieć spokojną noc, ale wszystkie jeszcze są pozamykane, na nocleg pod dachem oczywiście mnie nie stać, ruszam więc na ostatni dwutysięcznik tej wyprawy – Julierpass.

Wyjazd z miasta bardzo stromy, powyżej 10%, końcówka łagodna (choć ciągle pod ten potężny wiatr), na szczyt docieram z dużą ulgą, trochę mam już dość dużych górek na najbliższy czas :-) Po przeliczeniu kilometrów orientuję się, że mam szansę dotrzeć jutro do Lindau am Bodensee, skąd mam wracać pociągiem, skończenie trasy dzień wcześniej jest mi bardzo na rękę, bo mam do nadrobienia 3 dni nieobecności w szkole. Po pamiątkowej fotce zjeżdżam na dół i rozglądam się za miejscówką na namiot, obserwując ciągle zakazy biwakowania (na jednym parkingu był nawet znak drogowy zakazu z piktogramem namiotu!), w końcu znalazłem idealną, doskonale osłoniętą miejscówkę – na tunelu przeciwlawinowym :)

Dzień 15.

Dystans: 171.70km
Vśr: 19.77km/h
Vmax: 58km/h
Temp: 25oC
Alt: 1500m

W środku nocy obudziłem się z zimna, musiałem założyć na siebie polar; temperatury sprawdzać nie miałem ochoty. Pomimo dużego zimna zebrałem się sprawnie i ze względu na szwajcarską mentalność ruszam już o 6:40, obserwując na liczniku temperaturę zaledwie -2oC (pocieszając się, że wczorajszego dnia w Toruniu, który nie leży na 1100m było -7 ;) ). Nie jadę najkrótszą drogą przez Churwalden (trzebaby tu zaliczyć kolejny podjazd na 1500m), omijam trochę dłuższą, ale znacznie łatwiejszą drogą przez dolinę Renu – bo mam już trochę dość górek i chcę dziś dotrzeć do Lindau.

Po wyjeździe ze szwajcarskiego Chur mam niesprzyjający wiatr (właśnie w obawie przed nim ruszyłem tak wcześnie), przydaje się więc nieużywana już dawno lemondka. Niezbyt szybkim tempem, zmęczony już górską jazdą, docieram do Maineinfeld, gdzie odbijam na drogę do Lichtensteinu z krótkim podjazdem. Na granicy kontroli nie ma (kontrolę graniczną sprawuje w imieniu Księstwa Szwajcaria). W tym małym górskim państewku raczej nic szczególnego nie ma, pozytywnie zaskoczyła mnie infrastruktura drogowa (widać, że bogate państwo). Na granicy ponownie nikt mnie o nic nie pyta, wjeżdżam do Austrii i stąd już właściwie cały czas w terenie zabudowanym (ze 40km bez przerwy idealnym pasem i ciągiem rowerowym!) dojeżdżam nad jezioro Bodeńskie. Nad jeziorem oczywiście również droga rowerowa, którą docieram do czwartego dziś państwa – Niemiec; nie było nawet żadnej tabliczki granicznej, tylko herb Bawarii.

Kilka kilometrów dalej wjeżdżam do Lindau am Bodensee, urokliwego miasteczka położonego na wyspie – pierwsze co robię to jadę na dworzec w celu sprawdzenia jakie mam możliwości powrotu w piątek. Bilet promocyjny na jazdę w tygodniu jest o 5E droższy i obowiązuje dopiero od 9, ale mam spore problemy ze znalezieniem połączeń, żeby wyrobić się w czasie (Regioekspres odjeżdża przed 9, następny ok. 12), po sporym kombinowaniu w końcu znajduję połączenie przez Frankfurt nad Odrą (planowałem jechać przez Szczecin i odwiedzić rodzinę), ale muszę podjechać do oddalonego ok. 30km Heimenkirchu, gdzie pociąg RE zatrzymuje się już w godzinach obowiązywania biletu Quer-durchs-Ticket.

Robię pętelkę po miasteczku, jem lody i ruszam na ostatnie kilometry wyprawy. Nieźle załatwił mnie GPS, prowadząc mnie jakąś okrężną drogą (a ja zmęczony już nie spojrzałem jak mnie kieruje), po drodze zaliczając jakiś podjazd na 800m, niemniej do celu dotarłem, zlokalizowałem dworzec, upewniłem się, że odjazd jest stąd, żeby rano nie mieć żadnych niespodzianek i wybrałem się na poszukiwania noclegu. Najpierw podjechałem na górę lokalną drogą, ale że tam zaczynało się kolejne miasto, zawróciłem i tuż przy samym dworcu zapytałem rolnika o zgodę na postawienie namiotu, pozwolił mi bez problemów, nawet oferując nocleg w altance (ale wolałem już namiot, bo jednak trochę w nim cieplej); chwilę miło pogadaliśmy, więcej dopiero gdy przyszedł syn znający angielski, bo mój niemiecki słabiutki ;)

Powrót

Powrót niemieckimi kolejami bez większych opóźnień (najbardziej spóźniony ostatni pociąg 10 minut), choć w pociągu dostałem choroby lokomocyjnej (było bardzo duszno, a linia sporo kręciła omijając bawarskie pagórki), na szczęście zdążyłem dobiec do toalety i była wolna zanim zwróciłem śniadanie :-) Bardzo zbudowała mnie postawa Niemek, które pytały czy wszystko w porządku i proponowały picie czy jedzenie. W Dreźnie był remont i trzeba było przejechać autobusem zastępczym przez miasto (nawet została mi jeszcze chwila na krótkie zwiedzanie), ja przejechałem je obserwując miny zdziwionych pasażerów za autobusem. :P
Na polskiej kolei pociągi punktualne co do minuty, tu również miałem chwilę czasu na rundkę po poznańskim rynku.

Podsumowanie

W ciągu 15 dni (2 dni na powrót) przejechałem 1916km, a więc średnio 127km dziennie, ze średnią prędkością 19km/h, prędkość maksymalna uzyskana na wyjeździe to 70km/h na zjeździe z Hochtoru. 14 razy nocowałem na dziko, 1 raz u gospodarza i 1 raz pod dachem za darmo z pomocą serwisu Warmshowers.org.

W sumie miałem 2 awarie: pęknięta śruba od zacisku pierwszego dnia i zerwany łańcuch podczas podjazdu na Hochtor; oprócz tego hałasująca piasta i łożyska suportowe od austriackich ulew. 1 raz zatrzymała mnie policja (norma wyrobiona!) za jazdę bez kasku na Słowacji – cudem bez konsekwencji.

Pogoda – „kwiecień plecień”. Pół deszczowo, pół słonecznie, najbardziej zaskoczyły mnie burze w Polsce i na Słowacji (ale przy takich 25-stopniowych upałach w kwietniu w sumie nie ma co się dziwić), mimo wszystko taka pogoda mi nawet odpowiadała, bo bardzo ciężko znoszę upały, w przyszłości większe wyjazdy w inne niż północ kierunki pewnie będę starał się robić w podobnym terminie.

Wyjazd kosztował mnie 701zł (średnia dniówka 41,23zł). Kurs euro podczas wymiany: 4,03zł.

Zakup Cena Uwagi
Bilety (PKP) 60zł Osobowy + TLK
Bilet (DB) 186zł (46,5E) Quer-Durchs-Land-Ticket
Jedzenie 435zł Kupowane na bieżąco, zapasy przed świętami i Szwajcarią, średnio dziennie 25,4zł
Inne 20zł Zacisk

Zdjęcia z wyprawy

Zobacz zdjęcia z wyprawy

Zobacz galerię zdjęć z wyprawy

Pages: 1 2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>