Mapa poglądowa – zaznaczyłem miasta przez jakie jechaliśmy, nie jakimi drogami dokładnie, bo jest to (zwłaszcza w Holandii) niemożliwe, bo często drogi rowerowe nie prowadziły wzdłuż dróg samochodowych:
Jako, że naszym wspólnym zainteresowaniem jest infrastruktura transportowa (w tym oczywiście rowerowa), o wyjeździe do Holandii myśleliśmy (ja i mój kolega Paweł) już w ubiegłym roku, wtedy ograniczał nas brak funduszy, doświadczenia sakwiarskiego, i w moim przypadku, brak wygodnego roweru na dłuższe trasy – na zwykłym rowerze po 3-4 dniach jazdy nie mogłem siedzieć na tyłku, testowałem wiele siodełek, spodnie z wkładką, nie pomógł nawet Brooks ze skóry za ponad 300zł – w końcu zimą przekonałem się, że jedynym wyjściem dla mnie będzie rower poziomy, a kilka miesięcy później, w maju – uczyłem się już na nim jeździć i przyzwyczajałem inne mięśnie do pracy.
W trasę ruszamy pierwszego lipca, zaczynamy z Kostrzyna nad Odrą, miasta przy granicy polsko-niemieckiej. Jedziemy bardzo spokojnym tempem, po ok. 100km dziennie, wstajemy późno i wcześnie kończymy jazdę. Podczas tej wyprawy ani razu nie czułem się zmęczony, jedyne co wykańczało to temperatury.
Jedziemy przez Berlin, Wolfsburg, Hannover i Bremę (szczegóły na zdjęciach) oraz przez wiele mniejszych miasteczek. Niemieckie miejscowości zaskakują czystością i uporządkowaniem, wszystkie budynki są zadbane. Raczej nie spotkamy tu (my nie spotkaliśmy) młodzieńców „z wygolonymi głowami”, nikt nas nie zaczepiał, nie dziwił ani nie śmiał się – sakwiarz w Niemczech to normalny, nie zaskakujący nikogo widok.
Przez całą podróż po Niemczech towarzyszą nam silne upały (odnotowany max 38oC) i wiatr w twarz (wiatr zachodni wiał aż do tamy w Holandii), problemów z nocowaniem na dziko w zasadzie nie ma (tylko w okolicach miast).
Denerwują niektóre nieprzemyślane drogi rowerowe, w miastach dominuje niewygodna kostka, dlatego z ulgą przekraczamy granicę holenderską.
W Holandii jazda to zupełnie inna bajka. Szybko potwierdza się jeden z mitów, który słyszeliśmy przed wyjazdem, że po całym kraju można jeździć rowerem bez mapy. Faktycznie – przy każdym skrzyżowaniu znajdują się drogowskazy kierujące na większe miejscowości (lub dzielnice miast) i szlaki rowerowe.
Szukanie miejsca na nocleg to także zupełnie inna bajka – wszystkie pola i łąki są szczelnie ogrodzone, mieszkańcy w ogóle nie rozumieją o co chodzi z noclegiem „na gospodarza” i odsyłają na drogie campingi, nie ma w ogóle lasów. Sprawy nie ułatwia też gęstość zaludnienia. Przez te 8 dni męczyliśmy się ze znalezieniem miejscówek straszliwie, często śpiąc w różnych dziwnych miejscach jak np. park miejski.
Do nawigacji wystarczyła nam stara mapa Holandii w skali 1:500 000, na której sprawdzaliśmy na jakie miejscowości mamy się kierować.
Drogi lub pasy rowerowe są przy każdej ulicy, na której rowerzysta w ruchu ogólnym mógłby poczuć się niepewnie. Niedopuszczalne jest, aby rowerzysta musiał jeździć razem z tirami po jednym pasie ruchu. Nawierzchnia – najczęściej asfaltowa, sporadycznie, na bardzo starych drogach rowerowych zdarza się kostka (teraz jest absolutny zakaz budowania takich).
Jasne jest, kiedy rowerzysta ma pierwszeństwo, a kiedy samochód, na każdym przejeździe jest to wyraźnie zaznaczone (na starych drogach rowerowych pierwszeństwo zwykle mają niestety pojazdy silnikowe).
Holendrzy mają dosyć luźny stosunek do przepisów, zwłaszcza na rowerze.
Jeśli nic nie jedzie, nikt nie stoi na czerwonym świetle, normą jest rozmawianie przez telefon w trakcie jazdy, czy jazda nocą bez oświetlenia.
W Holandii zwiedzamy miasta, infrastrukturę wodną, drogową i rowerową, poznajemy kulturę chyba najbardziej wyluzowanego kraju Europy.
Jedziemy 30-kilometrową tamą Afsluitdijk przy Morzu Północnym, zwiedzamy Amsterdam (Wenecję północy), Hagę i Rotterdam i wiele mniejszych miasteczek.
Statystyki
W ciągu 16 dni (2 dni na powrót) przejechaliśmy 1666km w 95 godzin 38 minut, a więc ze średnią prędkością 17.3km/h. 14 razy nocowaliśmy na dziko, 1 raz „na gospodarza”, 2 razy nie spaliśmy.
W sumie mieliśmy 7 awarii: 2 gumy u mnie, 2x zerwany łańcuch u mnie, 2 gumy i pęknięta opona u Pawła. 2 razy zatrzymała nas policja, za jazdę po ekspresówce w Niemczech i jazdę po deptaku w Rotterdamie. Bez konsekwencji.
Wyjazd kosztował mnie 640zł (średnia dniówka 35,5zł). Kurs Euro podczas wymiany: 4,20zł.
| Zakup | Cena | Uwagi |
|---|---|---|
| Bilety (PKP) | 95zł | Regiokarnet + bilety na rower |
| Bilet (DB) | 96,6zł | Wochenende Ticket |
| Jedzenie | 417,2zł | Kupowane na bieżąco, bez zapasów z Polski, średnio dziennie 23,2zł |
| Mapy | 4,2zł | Mapa Rotterdamu, reszta pożyczona/własna |
| Pamiątki | 42zł | T-shirt „I love Amsterdam” |
Informacje
- Statystyki przejazdowe: http://ciman.bikestats.pl/index.php?category=13383
- Zdjęcia:
- Film:
- W trybie online: http://vimeo.com/16775191
Zostaw odpowiedź