Marcin 'ciman' Mazurek

Moje wyprawy rowerowe

  • Ostatnie komentarze

    Amsterdam 2010

    Mapa poglądowa – zaznaczyłem miasta przez jakie jechaliśmy, nie jakimi drogami dokładnie, bo jest to (zwłaszcza w Holandii) niemożliwe, bo często drogi rowerowe nie prowadziły wzdłuż dróg samochodowych:

    Jako, że naszym wspólnym zainteresowaniem jest infrastruktura transportowa (w tym oczywiście rowerowa), o wyjeździe do Holandii myśleliśmy (ja i mój kolega Paweł) już w ubiegłym roku, wtedy ograniczał nas brak funduszy, doświadczenia sakwiarskiego, i w moim przypadku, brak wygodnego roweru na dłuższe trasy – na zwykłym rowerze po 3-4 dniach jazdy nie mogłem siedzieć na tyłku, testowałem wiele siodełek, spodnie z wkładką, nie pomógł nawet Brooks ze skóry za ponad 300zł – w końcu zimą przekonałem się, że jedynym wyjściem dla mnie będzie rower poziomy, a kilka miesięcy później, w maju – uczyłem się już na nim jeździć i przyzwyczajałem inne mięśnie do pracy.

    W trasę ruszamy pierwszego lipca, zaczynamy z Kostrzyna nad Odrą, miasta przy granicy polsko-niemieckiej. Jedziemy bardzo spokojnym tempem, po ok. 100km dziennie, wstajemy późno i wcześnie kończymy jazdę. Podczas tej wyprawy ani razu nie czułem się zmęczony, jedyne co wykańczało to temperatury.

    Jedziemy przez Berlin, Wolfsburg, Hannover i Bremę (szczegóły na zdjęciach) oraz przez wiele mniejszych miasteczek. Niemieckie miejscowości zaskakują czystością i uporządkowaniem, wszystkie budynki są zadbane. Raczej nie spotkamy tu (my nie spotkaliśmy) młodzieńców „z wygolonymi głowami”, nikt nas nie zaczepiał, nie dziwił ani nie śmiał się – sakwiarz w Niemczech to normalny, nie zaskakujący nikogo widok.

    Przez całą podróż po Niemczech towarzyszą nam silne upały (odnotowany max 38oC) i wiatr w twarz (wiatr zachodni wiał aż do tamy w Holandii), problemów z nocowaniem na dziko w zasadzie nie ma (tylko w okolicach miast).

    Denerwują niektóre nieprzemyślane drogi rowerowe, w miastach dominuje niewygodna kostka, dlatego z ulgą przekraczamy granicę holenderską.

    W Holandii jazda to zupełnie inna bajka. Szybko potwierdza się jeden z mitów, który słyszeliśmy przed wyjazdem, że po całym kraju można jeździć rowerem bez mapy. Faktycznie – przy każdym skrzyżowaniu znajdują się drogowskazy kierujące na większe miejscowości (lub dzielnice miast) i szlaki rowerowe.

    Szukanie miejsca na nocleg to także zupełnie inna bajka – wszystkie pola i łąki są szczelnie ogrodzone, mieszkańcy w ogóle nie rozumieją o co chodzi z noclegiem „na gospodarza” i odsyłają na drogie campingi, nie ma w ogóle lasów. Sprawy nie ułatwia też gęstość zaludnienia. Przez te 8 dni męczyliśmy się ze znalezieniem miejscówek straszliwie, często śpiąc w różnych dziwnych miejscach jak np. park miejski.

    Do nawigacji wystarczyła nam stara mapa Holandii w skali 1:500 000, na której sprawdzaliśmy na jakie miejscowości mamy się kierować.


    Drogi lub pasy rowerowe są przy każdej ulicy, na której rowerzysta w ruchu ogólnym mógłby poczuć się niepewnie. Niedopuszczalne jest, aby rowerzysta musiał jeździć razem z tirami po jednym pasie ruchu. Nawierzchnia – najczęściej asfaltowa, sporadycznie, na bardzo starych drogach rowerowych zdarza się kostka (teraz jest absolutny zakaz budowania takich).
    Jasne jest, kiedy rowerzysta ma pierwszeństwo, a kiedy samochód, na każdym przejeździe jest to wyraźnie zaznaczone (na starych drogach rowerowych pierwszeństwo zwykle mają niestety pojazdy silnikowe).

    Holendrzy mają dosyć luźny stosunek do przepisów, zwłaszcza na rowerze. ;) Jeśli nic nie jedzie, nikt nie stoi na czerwonym świetle, normą jest rozmawianie przez telefon w trakcie jazdy, czy jazda nocą bez oświetlenia.

    W Holandii zwiedzamy miasta, infrastrukturę wodną, drogową i rowerową, poznajemy kulturę chyba najbardziej wyluzowanego kraju Europy. ;) Jedziemy 30-kilometrową tamą Afsluitdijk przy Morzu Północnym, zwiedzamy Amsterdam (Wenecję północy), Hagę i Rotterdam i wiele mniejszych miasteczek.

    Statystyki

    W ciągu 16 dni (2 dni na powrót) przejechaliśmy 1666km w 95 godzin 38 minut, a więc ze średnią prędkością 17.3km/h. 14 razy nocowaliśmy na dziko, 1 raz „na gospodarza”, 2 razy nie spaliśmy.

    W sumie mieliśmy 7 awarii: 2 gumy u mnie, 2x zerwany łańcuch u mnie, 2 gumy i pęknięta opona u Pawła. 2 razy zatrzymała nas policja, za jazdę po ekspresówce w Niemczech i jazdę po deptaku w Rotterdamie. Bez konsekwencji.

    Wyjazd kosztował mnie 640zł (średnia dniówka 35,5zł). Kurs Euro podczas wymiany: 4,20zł.

    Zakup Cena Uwagi
    Bilety (PKP) 95zł Regiokarnet + bilety na rower
    Bilet (DB) 96,6zł Wochenende Ticket
    Jedzenie 417,2zł Kupowane na bieżąco, bez zapasów z Polski, średnio dziennie 23,2zł
    Mapy 4,2zł Mapa Rotterdamu, reszta pożyczona/własna
    Pamiątki 42zł T-shirt „I love Amsterdam”

    Informacje

    Zostaw odpowiedź