Miały być Bałkany, ale po jeździe w czerwcowych upałach stwierdziłem, że nie mam zbytnio ochoty jeździć w takich temperaturach. Do tego doszły jeszcze problemy logistyczne i tak z Bałkan zrobiła się Wielka Brytania. Norwegia z przyczyn finansowych i niepewności co do kolan (a niestety męczyłem się z nimi przez całą wyprawę, bo zbagatelizowałem lekkie bóle tuż przed wyjazdem powodowane przez nieprawidłowe ustawienie siodełka) odpadała, a Pribałtyka, Finlandia to miejsca dla mnie zdecydowanie za nudne. Dodatkowo kusząca była możliwość poćwiczenia trochę języka przed maturą
Relacja
Dojazd
Ze względu na ograniczone koszty, zamiast lotu na wyspy samolotem, startujemy z Holandii, dokąd docieramy koleją. Pierwszego dnia dojeżdżamy popołudniowym regioEKSPRESem do Szczecina, gdzie nocujemy u mojej rodziny. Następnego dnia ruszamy na niemieckim bilecie weekendowym do Venlo, położonego przy niemiecko-holenderskiej granicy. Przejazd Deutsche Bahn nie odbył się bez atrakcji – pociąg do Magdeburga złapał ponad 40 minut opóźnienia, przez co nie zdążyliśmy na przesiadkę i dojechaliśmy do Venlo dwie godziny później (o 21). W pechowym Magdeburgu (w ubiegłym roku też straciliśmy tu ponad godzinę) po raz kolejny stykamy się z pedantycznością Niemców – pisuar w toalecie na stacji po załatwieniu potrzeby i spuszczeniu wody żegna klientów uprzejmym „Danke!”
Dzień 3.
| Dystans: | 112.72km |
| Vśr: | 17.25km/h |
| Temp: | 24oC |
| Alt: | 80m |
Wstajemy ok. 9, koło namiotu przejeżdża nam ktoś na motorze crossowym, bo rozbiliśmy się przy jakiejś ścieżce i hopkach. Ruszamy ok. 11, natychmiast przekonując się, że mocno wieje – i to oczywiście z zachodu, a więc prosto w twarz. A takie wiatry nie są tu rzadkością, całą ostatnią wyprawę jechaliśmy z takim wiatrem, drzewa na otwartych przestrzeniach są wyraźnie przechylone ku wschodowi. Pomijając wiatr pogoda elegancka, dość ciepło, bezchmurne niebo – dużo lepiej niż w Polsce, która pożegnała nas silną ulewą i 11 stopniami na termometrze
Dziś krążymy lokalnymi szosami i drogami rowerowymi, oznaczone są trochę gorzej niż w północnej Holandii, ale i tak spokojnie możnaby jechać bez GPS. Ok. 14 docieramy do Eindhoven, gdzie Paweł robi zakupy w drogim Albert Hejin (jest dziś niedziela), ja zabrałem jedzenie z Polski. Krótka rundka po mieście i ruszamy do Baarle – ciekawostki administracyjnej, najdziwniejszego na świecie organizmu miejskiego. Miasto leży w Holandii, a na jego terenie znajduje się 17 belgijskich enklaw, na których terenie znajduje się jeszcze kilka holenderskich eksklaw… I są poukładane zupełnie bez sensu – często przebiegają przez środek posesji – położenie drzwi decyduje tutaj o tym, do jakiego państwa należy. Granicę belgijsko-holenderską przekraczamy dziesiątki razy, nie sposób jest tego policzyć, bo granice nie są dokładnie zaznaczone na ogólnodostępnych mapach.
Robimy trochę zdjęć, wyjeżdżamy za miasto, na wszelki wypadek nabieramy wodę i rozbijamy się na Paalkampeerterreinen – darmowych, legalnych miejscówkach do rozbicia namiotu, z dostępem do zimnej wody.
Dzień 4.
| Dystans: | 102.78km |
| Vśr: | 19.03km/h |
| Temp: | 27°C |
| Alt: | 110m |
Wstajemy ok. 9:30, zwijamy obozowisko i wjeżdżamy chyba 50 raz do Belgii. W Rijkevorsel robimy zakupy w Lidlu, następnie wyjeżdżamy na główną drogę do Antwerpii, wzdłuż której poprowadzony jest idealny pas/droga rowerowa, z krótkimi odcinkami z kostki – ale bez krawężników, z porządnymi obniżeniami – da się wygodnie jechać nawet z sakwami. Dziś dla odmiany mamy północny wiatr, więc jest mniej szarpaniny, początkowo jechaliśmy nawet kawałek z wiatrem.
W Antwerpii lekki chaos, trochę gubimy się w gąszczu nielogicznie zorganizowanych ulic jednokierunkowych, na szczęście rowerzyści nie muszą tu przestrzegać żadnych przepisów
Samo miasto bardzo ładne, szczęka opadła nam gdy zobaczyliśmy dworzec kolejowy, zarówno z zewnątrz i od wewnątrz to chyba najładniejszy budynek kolejowy jaki widziałem.
Centrum Antwerpii opuszczamy podwodnym tunelem na głębokości 22m p.p.m. pod rzeką Schelde, następnie lokalnymi drogami i wzdłuż autostrady jedziemy do Zelzate. Wyjeżdżamy za miasto przekraczając holenderską granicę i rozbijamy się nad kolejnym Paalkampeerterreinen nad jeziorem, dziś oprócz dostępu do wody mamy jeszcze do dyspozycji ławeczkę ułatwiającą czynności biwakowe.
Dzień 5.
| Dystans: | 121.17km |
| Vśr: | 19.08km/h |
| Temp: | 31°C |
| Alt: | 110m |
Zwijamy się leniwym tempem, w trasę ruszamy po 11. Wiatr podobnie jak wczoraj północny, słonecznie i ciepło – w ciągu dnia odnotowujemy najwyższą temperaturę w trakcie wyprawy – 31 stopni. W Zelzate robimy małe zakupy w Aldim, stąd jedziemy wzdłuż autostrady, potem lokalnymi, a w końcu wjeżdżamy na główną drogę do Brugii.
Miasto wywarło na mnie ogromne wrażenie, jedno z ładniejszych (jeśli nie najładniejsze!) jakie miałem okazję zwiedzić. W ogóle cała Belgia zaskakuje pozytywnie, schludne i zadbane miasteczka, bardzo ostrożni i kulturalni kierowcy – ustępowano nam wielokrotnie pierwszeństwa, gdy go nie mieliśmy, infrastruktura prawie na holenderskim poziomie – przy każdej głównej drodze pas lub droga rowerowa.
Dalszą drogę pokonujemy bardzo wygodnymi drogami technicznymi wzdłuż kanałów, tu również ogromne zaskoczenie – prawie 50km jazdy po idealnym, szerokim asfalcie bez ruchu samochodowego. Dojeżdżamy tak do Nieuwpoortu, nadmorskiego miasteczka przez które przebiega nietypowe rozwiązanie komunikacyjne – najdłuższa na świecie (68km) linia tramwajowa prowadząca wzdłuż całego belgijskiego wybrzeża. Robimy tu zakupy, pokonujemy jeszcze kilkanaście kilometrów i w De Panne rozbijamy się na niedrogim (niecałe 6€) campingu, na którym okazuje się, że przestała działać mi kuchenka benzynowa, więc kolację jem na zimno.
Dzień 6.
| Dystans: | 96.85km |
| Vśr: | 16.46km/h |
| Vmax: | 53km/h |
| Temp: | 23°C |
| Alt: | 680m |
W nocy sporo padało, rankiem silnie wieje i ani śladu po ładnej pogodzie towarzyszącej nam przez ostatnie dni. Ruszamy o 9 i prostą drogą docieramy do Dunkierki. W miasteczku wydajemy ostatnie euro, po udajemy się do portu na prom do Dover, po drodze trochę pada.
Rezerwację mieliśmy na 14, a dotarliśmy o 11.30, bez najmniejszych problemów wpuszczono nas na wcześniejszy prom o 12. Rejs przebiegł bezproblemowo, płynęliśmy ok. 2h, ale przez zmianę strefy czasowej do portu w Dover wpływamy o 13. W porcie trochę zabłądziliśmy, była wprawdzie wymalowana linia wzdłuż której mają jechać rowerzyści, ale robiła ona pętlę i trzeba było zjechać na drogę przy znaku „Exit” (myśleliśmy, że to tylko dla samochodów), pojechaliśmy więc ponownie na odprawę na prom do Francji
Pierwsze mile po lewej stronie ciężkie, gubiłem się zwłaszcza na rondach, po skręcie odruchowo zjeżdżałem na prawo, Pawłowi zmiana strony ruchu przyszła trochę łatwiej. Niestety towarzyszył nam bardzo silny przeciwny wiatr, uspokoił się dopiero za Folkestone, gdzie odjechaliśmy od wybrzeża.
Dalsza droga w stronę Londynu pagórkowata – wreszcie odmiana od holendersko-belgijskiej monotonii! Przejeżdżamy jakieś 60km, zjeżdżamy z głównej drogi i rozbijamy się przy jakimś narodowym szlaku.
Dzień 7.
| Dystans: | 109.49km |
| Vśr: | 19.15km/h |
| Vmax: | 59km/h |
| Temp: | 21°C |
| Alt: | 710m |
Rankiem okazuje się, że ścieżka przy której postawiliśmy namiot jest bardzo uczęszczana (biegacze, spacerowicze z psami) i mamy festiwal pytań ze strony zaciekawionych Anglików – skąd? dokąd? dlaczego tu śpicie? (a po zadaniu tego pytania stwierdzają, że możemy spokojnie tu biwakować
), wszyscy bardzo przyjaźnie nastawieni.
Jako, że Londyn będziemy zwiedzać oddzielnie Paweł rusza sam godzinę wcześniej, ja trochę dłużej śpię i muszę jeszcze zwinąć namiot. Pogoda bardzo zmienna – chwila słońca, chwila deszczu, w ciągu 5 minut temperatura spadła z 18 do 12 stopni, żeby za chwilę wzrosnąć do 21… W ochraniaczach na buty jakoś dało się jechać, ale kurtkę musiałem co chwila ściągać, co lekko denerwowało. W Greenwich łapie mnie potężna ulewa, przeczekuję ją na pętli autobusowej. W parku orientuję się, że zamókł mi aparat – nie chciał się wysunąć obiektyw (niestety jest to najczęstsza przyczyna awarii aparatów typu „zombie”), szczęśliwie tylko się przyblokował i po wyciągnięciu go na siłę ręką zaczął działać.
Robię rundkę po parku, oglądam z zewnątrz obserwatorium, przez które przed wprowadzeniem układu WGS84 przechodził południk zerowy i śmieję się z ludzi, którzy robią sobie zdjęcie będąc pewni, że stoją na dwóch półkulach
Do Londynu docieram przed 15, niestety nie było żadnej tabliczki na wjeździe (ale w końcu „nie ma takiego miasta Londyn”, więc co się dziwić
) – z pamiątkowej fotki nici. Oglądam z zewnątrz wszystkie sztandarowe atrakcje miasta. Spotykam się z Pawłem pod Big Benem o 18:30, okazuje się, że miał sporo przygód po drodze – miał problemy z trafieniem, miejscowy prowadził go kilka kilometrów do drogi na Londyn, po której można się poruszać rowerem; potem złapał gumę i został zaproszony przez miejscowych na pizzę, tak więc do Londynu dotarł przed 18. Po skontaktowaniu się z Jonnym, u którego załatwiłem nocleg przez portal Warmshowers.org, ruszamy jeszcze na małe zakupy, a potem już prosto na nocleg.
Dzień 8.
| Dystans: | 65.11km |
| Vśr: | 16.41km/h |
| Temp: | 20°C |
| Alt: | 180m |
Ruszamy o 9.30 i w sporym deszczu jedziemy do sklepu rowerowego, gdzie Pawłowi likwidują luz na sterach, nic za to nie biorąc i jeszcze wciskają mi zapas tabletek do przygotowywania napoi energetycznych na 2 tygodnie
Paweł jeszcze kręci się po Londynie (wiele wczoraj nie zobaczył), ja odwiedzam kilka innych rowerowych w poszukiwaniu podstawki do licznika (naderwał mi się kabel i bałem się, że może nie wytrzymać do końca wyprawy), której nie sposób dostać tak samu tu jak i w Polsce, potem odpoczywam nad Tamizą (pół dnia na zwiedzenie Londynu wystarczyło mi spokojnie).
Z miasta zaczynamy wyjeżdżać po 15, jedziemy mało przyjemnymi ruchliwymi drogami, na szczęście jest sporo bus-pasów, po których można tu legalnie jeździć rowerem. W Heathrow robimy zakupy w Aldim, w czasie kiedy ja byłem w sklepie spacerujący miejscowi Polacy zaczęli przy Pawle komentować nasze rowery: „Patrz, jakie obładowane rowery, ważą chyba ze 100 kilo!”. Trochę musiała zdziwić ich riposta Pawła: „Tak, może k… dwie tony!”
Zajeżdżamy jeszcze pod zamek w Windsorze, na stacji tankujemy wodę i rozbijamy się na ładnej polance w Maidenhead.
Dzień 9.
| Dystans: | 100.51km |
| Vśr: | 17.28km/h |
| Vmax: | 64km/h |
| Temp: | 23°C |
| Alt: | 710m |
Rano budzi nas szczekanie psa, wyraźnie zainteresowanego nowym elementem krajobrazu; podczas śniadania wpada do nas kolejny, obwąchuje po czym obsikuje nam namiot
Zbieramy się ok. 9:30. Kilometry idą ciężko, sporo krótkich górek i niestety silny wiatr, równo w twarz. Przed Swindon próbuję zatankować benzynę do kuchenki, ale popełniam błąd, zamiast od razu poprosić kogoś o dolanie pytam pracownika stacji, czy mają minimalny limit tankowania. Kazał pokazać butelkę, stwierdza, że jest „not allowed” i mam kupić 5l karnister na benzynę… Popukałem się w czoło – że niby taki plastikowy pojemnik jest bezpieczniejszy?
W Swindon zajeżdżamy na drugą stację, tam proszę jednego z Anglików o dolewkę, jednak pracownica stacji widząc w co chcemy wlać benzynę, blokuje dystrybutor. Facet ostro się wkurzył, zbluzgał babkę, poszedł kupić karnister na stacji, zatankował, dopiero po tej operacji mogłem sobie przelać benzynę do mojej zabójczej butelki. Gdy Anglik wrócił z kasy, zaczął wypytywać o trasę itd., chciał mi jeszcze wcisnąć cały karnister (co ja z nim bym zrobił
), nie chciał zwrotu kasy za benzynę, a nawet wcisnął mi drobne które dostał w kasie (prawie 10 funtów) „for coffee” i życzył miłej podróży do Szkocji
Po tej nietypowej przygodzie (spodziewałem się po Anglikach zupełnie czegoś przeciwnego, w obawie przed niechęcią do Polaków nie zabrałem nawet PL-ki na sakwę) jedziemy „zwiedzić” główną atrakcję miasta – magiczne rondo – czyli 5 rond układających się w jedno wielkie, po którym można jeździć w obie strony. Przejechaliśmy żywi przez całe (ja nawet 3 razy do filmiku
) „trudniejszą” wersją, wyjeżdżamy za miasto w poszukiwaniu miejscówki do spania. Niestety krajobraz ciągle taki sam – wszystko szczelnie pogrodzone, więc próbujemy „na gospodarza”. Paweł miał mniej szczęścia, ja za pierwszym razem trafiam na bardzo miłego starszego pana, który poza rozbiciem pozwala nam się wykąpać (oczywiście jak na typowy brytyjski dom przystało oddzielny kran do zimnej i ciepłej wody, nieprzyzwyczajony do takich rozwiązań sparzyłem sobie nogę), dał nam butelkę wina i ciastka
Dzień 10.
| Dystans: | 123.03km |
| Vśr: | 17.29km/h |
| Vmax: | 61km/h |
| Temp: | 23°C |
| Alt: | 1270m |
Ruszamy ok. 9:40, ale daleko nie ujeżdżamy – po kilkuset metrach GPS przestaje wyświetlać mi mapę. Restartuję urządzenie – dalej nie działa, wyjmuję kartę microSD i zauważam, że… pękła! Ułamał się jeden ze styków, nie mam pojęcia jakim cudem. Na szczęście miałem zapasową kartę z mapą całej Europy…
Dziś już znacznie słabiej wieje, więc jedzie się lepiej. Pagórki podobnie jak wczoraj, krótkie i dużo, nie wjeżdżamy na żadną konkretną wysokość. Ok. 17 wjeżdżamy na stary most autostradowy (z drogą rowerową) na rzece Severn i przekraczamy granice Walii.
W Newport Paweł robi zakupy w dziwnym sklepie (dla Arabów?), bo nie zorientowaliśmy się, że dziś jest niedziela i większość sklepów jest otwarta do 16; ja jeszcze trochę zapasów miałem. Stąd kierujemy się do Caerphilly, gdzie oglądamy robiący wrażenie zamek, na stacji tankujemy wodę i wjeżdżamy z tym całym towarem za Pontypridd – jak się okazało na 300m prawie z poziomu morza. Za miastem przejeżdżamy przez cattle grid – zabezpieczenie uniemożliwiające przekraczanie drogi przez zwierzęta, kończą się płoty, więc bez problemu rozbijamy się na ładnej polance z widokiem na Park Narodowy Brecon Beacons, przez który jutro będziemy jechali.
Zostaw odpowiedź